"A jednak kiedyś nadejdzie ten dzień, gdy jedno z was będzie musiało odejść. I wtedy drugiemu pęknie serce i uzna, że lepiej było nigdy nie kochać."
Dachołaz David – ciekawy zawód, pasywny bohater
Pierwszą postacią, jaką polubiłam, a która od razu zwróciła moją uwagę, był David. Dwudziestolatek, typ samotnika, który wykonuje bardzo specyficzny zawód. Jest dachołazem, co już samo w sobie brzmi intrygująco, a do tego dostarcza białe kruki klientom. To miasto widziane z perspektywy dachów – to dynamiczna wizja, która kupiła mnie od razu. David, choć specyficzny, wydaje się autentyczny w swojej bezinteresowności, kiedy decyduje się pomóc zupełnie obcej Heaven. Nie jest to jednak ten typ bohatera, którego od razu określiłabym jako barwnego. Po prostu płynie przez tę historię, będąc bardziej obserwatorem niż motorem napędowym zdarzeń, co nie ukrywam, nieco mnie irytowało.Tajemnica bez głębi i relacja bez iskry
A potem mamy Heaven. Ona zdecydowanie podnosi poziom tajemniczości i to jest duży plus. Jest tak specyficzna, tak niepasująca do reszty świata, że intryguje. Jej historia jest pogmatwana i pełna niewiedzy nawet dla niej samej. Niestety, o ile ten zalążek jest wciągający, to w pewnym momencie ta tajemniczość staje się ciężarem, a relacja między nią a Davidem, która miała stanowić epicentrum emocjonalne powieści, nie była dla mnie wystarczająco wiarygodna. Mam wrażenie, że autor miał oryginalny pomysł na stworzenie charakternych postaci, ale niestety nie poświęcił im wystarczająco uwagi na rozwinięcie tła, co sprawia, że mimo ich specyfiki, nie czujemy ich głębi. Brakowało mi tej chemii, tego poczucia, że zależy mi na ich dalszych losach."Wszyscy wiążemy z życiem wielkie nadzieje. A można po prostu żyć."
Przyjemne pióro kontra przewidywalna fabuła
Christoph Marzi ma natomiast całkiem przyjemne pióro. To przystępny język, który sprawia, że książka nie jest wymagająca i czyta się ją szybko. Nie ma tu fajerwerków stylistycznych, ale to jest w porządku – czasami potrzebujemy właśnie takiej lekkiej i płynnej prozy, która pozwoli nam po prostu odpocząć. Problem polega na tym, że nawet to przyjemne pióro nie zdołało utrzymać dynamicznej akcji. Gdzieś w środku historii, ten początkowy flow, ta iskra, którą obiecywał oryginalny pomysł, po prostu zgasła, a opowieść stała się niestety dość przewidywalna, choć wciąż na tyle wciągająca, by chcieć dotrzeć do końca.•••
Werdykt: Piękna wydmuszka na jeden weekend?
Reasumując, "Heaven. Miasto elfów" okazało się dla mnie małym zawodem, zwłaszcza w kontekście moich wysokich oczekiwań, które podsyciła piękna okładka. Była to lektura lekka i przyjemna w odbiorze, idealna na jeden weekend, ale brakuje jej tej głębi i tych barwnych, autentycznych postaci, które potrafią mnie bez reszty pochłonąć. Może innym czytelnikom przypadnie bardziej do gustu, ale mnie czegoś tu niestety zabrakło, bym mogła nazwać ją ulubioną.
🫤 Mogło być lepiej...

Sara Kałecka
Popkultura pod lupą. Łączę światy: od romantasy po literaturę faktu, od RPG po The Sims. Szczere opinie, które oszczędzą Twój czas i portfel.💰
Więcej o autorze

!["PYŁ" [Ostatni tom trylogii "SILOS] Hugh Howey](https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgnioki9EQ7mjpbDgGRjl8oQWSfTc48RgQmrIhkV4HrRCxY8PkjmueEP4G_rxCzs7UYlZT1uUAQ_XCfbTK8esKskb9Wfa7o41zaPVJnKzvC5yZgQgUkBaOmbctATu9j8S0yTfxR_Yiyn53B/s640/80509085_2470876029897331_4180066453996699648_n.jpg)

Komentarze: